Wielokrotnie chciałam przesłać Ci moje pozdrowienia, ale moje słabe zdrowie nie pozwoliło mi tego uczynić.
Musisz wiedzieć, najsłodszy Ojcze, że wielokrotnie rozważałam Twe pełne troski słowa. Doszłam do wniosku, że są one mi tak przydatne, że zdecydowałam się wyjść z letargicznego stanu mego ducha. Rzeczywiście, przekonałam się co do jednej rzeczy, że pod pozorem posiadania fałszywej pokory i pozorem braku jakichkolwiek duchowych łask, osłabłam i prawie złamałam moje zobowiązanie pomagania innym. Ponadto, moje skrupuły pogorszyły sytuację poprzez sugestię, że cokolwiek zamierzałam powiedzieć lub uczynić, wypływało z próżności oślepiającej mój umysł, warunkując w ten sposób moje zachowanie i moje słowa. Sugestie te wydawały mi się realne, ponieważ zajęta byłam głównie pomaganiem innym i nie dokonywałam żadnego osobistego postępu.
W ten sposób pogrzebałam mój talent pomagania bliźniemu. Stopniowo zatraciłam początkowy zapał zdobywania ludzi dla Chrystusa. W rezultacie straciłam także wyraźną wizję stanu duchowego mojej własnej duszy. Dawniej, gdy dokonywałam wglądu w duchowość innych – prowadziło mnie to do odnowienia mojego ducha, a gdy próbowałam wzmocnić innych na ich duchowej drodze, sama czułam się umocniona. Teraz przeciwnie – lęk o życie duchowe innych ludzi uderzył we mnie takimi wątpliwościami co do mojego własnego życia duchowego, że poczułam się sparaliżowana.
Tak więc, bojąc się mojego własnego cienia, trwam w letniości, ponieważ – jak to już powiedziałam – straciłam moją duchową nieskazitelną światłość. Cierpiałabym mniejsze zło – gdybym zabiegając o innych – była częściowo pokryta kurzem, ale zachowała ową nieskazitelną światłość. Natomiast zostawiając innych, doświadczałam większego zła – i tak straciłam tę światłość. Była to światłość, która ożywiała moją duchową światłość i która mogłaby w końcu usunąć ten kurz.
Zobacz, drogi Ojcze, co potężny lęk czyni z wrażliwym temperamentem. Z jednej strony i nie lękać się go, i nie pozwolić niepokoić się, i denerwować się czasami przez innych – to zawsze przyczynia się do naszej nadwrażliwości. Z drugiej zaś, bojąc się własnego cienia przy próbie uniknięcia upadku – upadamy jeszcze bardziej.
Ponadto, jeśli chcemy stać się całkowicie mocni wewnętrznie, to musimy walczyć i pozwolić kontrolować się po dłuższej walce – my nie możemy zostawić wielkich bojów, by podążać za mniejszymi. Tak więc, Ty też, słodki Ojcze, staraj się, żebyś nie popełnił tego samego błędu, jaki ja popełniłam, gdyż jest godne ubolewania stracić wewnętrzną światłość, która zawsze dawała nam życie.
Jestem pewna, że rozważywszy moje smutne doświadczenie, nie popełnisz tego samego błędu. Jeśli chodzi o mnie, to przez Twoje ojcowskie słowa, postanowiłam poświęcić się zadbaniu o duchowe dobro mojego bliźniego. Czyniąc to, mam nadzieję wzrastać w Jezusowej miłości, a dobry Pan Ukrzyżowany przywróci mi zapał i swoją duchową światłość, która utrzymywała mnie przy życiu. W końcu, będę żyła w pewności, a nie w śmiertelnych wątpliwościach, które czyniły mnie podejrzliwą w stosunku do każdego natchnienia, jakie otrzymywałam. Jestem przekonana, że z pomocą Chrystusa i Twoich modlitw ponownie będę mogła rozpoznać, co jest prawdą, a co fałszem, co pewnością, a co wątpliwością.
Widzisz więc teraz, mój drogi Ojcze, jaką wielką korzyść będę czerpać z Twoich słów. Obym mogła częściej rozmawiać z Tobą. Teraz jednak, do momentu aż będę miała sposobność zobaczyć Cię ponownie, bądź tak dobry i napisz do mnie czasem, albowiem, gdy czytam Twoje listy, wydaje mi się, jakbym rozmawiała z Tobą, a duch mój był nimi ukojony do tego stopnia, że jest zdolny odczuwać pokój nawet na otwartym morzu.
To tyle na teraz.
Moje szczere życzenia i ukłony dla Madonny Anny, Cecylii i Ojca, który przy innej okazji napiszę do Ciebie. Ojciec poleca się Twoim modlitwom, a także modlitwom Pana Agostino, Pana Gerardo i wszystkim innym.
A[nielanka] P[aola] A[ntonia Negri]