Z tego, co powiedzieliśmy o cierpieniu Jezusa, wiemy, że na tym wszystko się nie kończy. Chory, którego bada św. Antoni Maria, jest to w rzeczywistości sam Zmartwychwstały.
Miłość wszystko zwycięża! Żaden ludzki ból, żadne ludzkie cierpienie i spustoszenie nigdy nie mogły pokonać Tego, który „zstąpił z nieba na ziemię: to On był w stanie to uczynić, wiedząc jak i który musiał to zrobić, ponieważ postanowił stać się człowiekiem − prawda, niewinny i nieskalany”. I to była „czysta siła miłości”, która skłoniła go do przejścia przez to wszystko, przez co musi przejść. Albowiem rzeczywiście „trzeba było [mu] cierpieć te rzeczy, a potem wejść do Jego chwały”.
„O światło niedostępne!”. Jezus, który wzywa nas, abyśmy byli „światłem świata”, teraz jaśnieje swoim własnym światłem. Nasz wielki Nauczyciel i Mistrz sam wypełnia nakaz swego Ojca, pierwszy na początku świata, ale swój ostatni akt posłuszeństwa: „Niech stanie
się światłość i stało się światło” (Rdz 1,3). Świat pogrążony w ciemności, „było jeszcze ciemno” (J 20,1), ujrzał teraz Światłość – Jezusa „Światło świata”. O, jakże wielka to dobroć! Jak przeogromne miłosierdzie! Bóg sam stał się człowiekiem! Po co? Po to, by z powrotem przyprowadzić człowieka do Boga, by wskazać mu drogę, by dać mu światło”.
Św. Antoni Maria wielce cierpiał gdy pisał te słowa: „Doznałem większego zła, kiedy straciłem to światło”. „To światło ożywiło moje życie duchowe”. Doświadczywszy bólu utraty tego światła, stanowczo zaleca: „Ty też… uważaj, abyś nie popełnił tego samego błędu, który ja popełniłem, jest bardzo godna ubolewania utrata tego… światła, które zawsze nam dawało życie” (List XII).
Niech światło Chrystusa świeci w naszych sercach i utrzymuje je przy życiu, podczas naszej pielgrzymki do domu Ojca niebieskiego.